Ziarnko prawdy, czyli rzecz o diecie niskowęglowodanowej

 

Ile razy dałaś się nabrać słysząc pochwały tej czy tamtej diety? Koleżanka koleżanki mówiła, że  schudła po diecie kapuścianej, więc skusiłaś się i ty. Widziałaś reklamę preparatu odchudzającego? Myślałaś, że jak z apteki, to na pewno nie jest to żadne oszustwo? Kupiłaś? Jak chodzi o dietę kapuścianą to pewnie już po dwóch dniach było ci słabo, oblewały cię zimne poty i drżały ręce. Jak chodzi o super wysmuklające tabletki… Myślisz, że zadziałają przy drugim opakowaniu?

Czujesz się nabita w butelkę? Wcale się nie dziwię. Oszustwa dietetyczne sięgają daleko głębiej. Największym „przekrętem” w historii dietetyki jest ukucie terminu „dieta niskowęglowodanowa”, przekonuje T. Colin Campbell. „Dieta niskowęglowodanowa” to majstersztyk sprzedaży. Popularyzatorom tej diety udało się zdominować rynek.  Stało się tak dlatego, ponieważ owa dieta wyraża to „co ludzie chcieliby słyszeć: pochwałę złych nawyków żywieniowych”[1].

W książce „Niskowęglowodanowe oszustwo” Campbell, autor słynnego „chińskiego badania” przybliża historię diet opartych na tłuszczu i białku zwierzęcym. Pisze między innymi o dr Atkinsie, który nomen omen w chwili śmierci ważył 117 kg przy wzroście 183 cm,  a jego rodzina nie pozwoliła na autopsję. To właśnie Robert Atkins ukuł termin „niskowęglowy” (ang. „lowcarb”), co Campbell nazywa jego największą spuścizną po szaleństwach dietetycznych, w wyniku których miliony osób dały się przekonać do tego, że roślinne pożywienie tuczy w przeciwieństwie do steków, bekonu, smalcu, śmietany, sera, oliwy, majonezu.

 

Atkins pozwolił ludziom się opychać.

Ale nie tylko on. Zwolenników „diety niskoweglowodanowej” jest więcej. Co jakiś czas ten sposób odżywiania dostaje nową nazwę. Niedawno przerabialiśmy „dietę Dukana”. Nie ucichły jeszcze echa procesów, w których poszkodowani na zdrowiu pozwali Dukana do sądu, za to, że im sprzedał bubel.

Te „diety” sprawiają, że z początku traci się wagę. Ale potem zaczynają się schody. Efekt schudnięcia jest nietrwały. Odrzucone kilogramy wracają z siłą bumerangu. A nawet jakby ich było więcej. Zaczyna szwankować zdrowie. Dlaczego? Dieta, która wypiera węglowodany, czyli niskoprzetworzony pokarm roślinny, nie dostarcza cennych związków mineralnych, witamin i enzymów. W rezultacie nerki cierpią od nadmiaru białka zwierzęcego, otłuszcza się wątroba i niezdrowo rozrasta się mięsień sercowy, który musi pracować za trzech, aby przepchać krew w zapchanych cholesterolem żyłach.

Wyobraź sobie zaniedbany, pożółkły trawnik. Co możesz zrobić? Pomalować go farbą na zielono? Campbell pisząc o „diecie niskowęglowodanowej” podsunął właśnie taki przykład. Uśmiechnęłam się przy tym. Pamiętasz „Alternatywy 4” ?, i dozorcę Anioła, znakomitego Romana  Wilhelmiego? Ta scena, gdy wtykali w ziemię drzewka bez korzeni, żeby szybko było zielono, jak przyjedzie dygnitarz.

Zielona farba nie rozwiąże problemu trawnika, tak jak „dieta niskoweglowodanowa” nie rozwiąże problemu otyłości. Co więcej ta „dieta” sprzyjać będzie licznym chorobom metabolicznym, podczas gdy dieta oparta na roślinach i warzywach zapobiega im, a nawet je cofa.

 

Jak to się stało, że Atkins i jego wyznawcy zyskali takie uznanie?

W każdej iluzji jest ziarnko prawdy. Istnieją węglowodany, które tuczą. To cukry proste, a ściślej węglowodany  wysokoprzetworzone. Będą to: słodycze, białe pieczywo, białe mąki, zwykły cukier a nawet biały ryż. Produkty te spożywane w nadmiarze dostarczają organizmowi łatwo przyswajalnej glukozy, która z kolei „rozleniwia” organizm i uzależnia od szybkiej energii. Nic więc dziwnego, że twojej ciało lubi słodkie. I nie chodzi tu tylko o odczucie smaku na języku.

Tymczasem węglowodany niskoprzetworzone jak kasze, zboża, strączki trawią się znacznie dłużej. Twoje ciało musi się napracować, ale energii z takiego pożywienia wystarcza na dłużej. Szkopuł w tym, że zwolennicy tłuszczu i białka mięsnego „zapomnieli” dokonać podziału na węglowodany wysoko i niskoprzetworzone. Stało się to ku uciesze  producentów żywności, a także hochsztaplerów od suplementów, którzy agresywnie panoszą się na rynku. Nie wierzysz? Przyjrzyj się półkom w aptekach.

„Niskowęglowodanowe oszustwo” to przewodnik po świecie, w którym walczy się o żołądki klientów. Jeśli masz wątpliwości, że tak jest spróbuj krytycznie popatrzeć na reklamy. Wpierw oglądasz ociekające tłuszczem żeberka, albo chrupiącego kurczaka, a za chwilę tabletki, które usprawnią pracę twojej wątroby, albo jelit. Alleluja! Można wszystko!

 

Przemysł spożywczy wie, że lubimy niezdrowe jedzenie. 

Przemysł spożywczy zachęca nas, żebyśmy takie kupowali i jednocześnie dba o nasze samopoczucie. Nie chce byśmy się czuli źle ze swoimi wyborami, i dlatego proponuje nam szczęśliwe tabletki. One usprawiedliwią nasze wybory, alby przynajmniej złagodzą ich skutki. Jutro znów możemy się dać nabić w butelkę.

 

 

 

 

 

 

[1] T. Colin Campbell, Howard Jacobson, „Niskowęglowodanowe oszustwo”, Wydawnictwo Galaktyka 2014

 

Felieton ukazał się w nr 8/2016 miesięcznika “Wróżka”